Czyją uwagę najbardziej przyciągnął opublikowany w social mediach przepis na zupę fasolową? Osób, które tego dania, a zwłaszcza jej głównego składnika, nie lubią. Ta nietypowa sytuacja pokazała nam, jak do konsumpcji treści (bo nie zupy) podchodzą obecnie odbiorcy. Stała się także idealnym przykładem efektu nazwanego „a co ze mną”, obserwowanego od pewnego czasu w kanałach social media.
Jak to się zaczęło?
Początek był zupełnie niewinny. Zaczęło się bowiem od wegańskiego przepisu na zupę fasolową, który umieściła na swoim TikToku amerykańska twórczyni. Kobieta musiała być zaskoczona, gdy pod jej materiałem pojawiły się pytania internautów o to, czym mogą zastąpić fasolę. Nie brakowało też komentarzy, w których bez ogródek wyrażana była niechęć do fasoli. Widząc to autorka nie mogła zrozumieć, dlaczego w głowach tych osób nie zakiełkowała, niczym warzywo strączkowe, myśl: „nie lubię fasoli, więc ten content nie jest dla mnie, algorytm się chyba pomylił”. Nie, ci ludzie z jakiegoś powodu nie mogli tej sprawy zostawić bez komentarza.
Efekt „a co ze mną” w social mediach
Szybko okazało się, że takich sytuacji jest w sieci bardzo dużo. Przykładem mogą być twórcy profili z przepisami na chleby borykający się z komentarzami w stylu „ale ja nie mogę jeść glutenu”. Pewna hiszpańskojęzyczna influencerka otrzymała komentarz pod swoim wideo „oczekujesz, że będę znać hiszpański?”. Brzmi absurdalnie? Nie dla wszystkich.
Te sytuacje obrazują tak zwany efekt „a co ze mną” (z ang. “what about me”). Jest on pokłosiem indywidualistycznej, lub według niektórych już hiperindywidualistycznej kultury, w której żyjemy w połączeniu z ciągłą obecnością online. Odbiorcy są przyzwyczajeni, że treści są do nich dobierane przez algorytm social mediów. Kiedy z niewiadomych powodów trafią na coś, co do nich nie pasuje – i nie mówię tu nawet o sprawach wielkiego formatu jak religia czy poglądy polityczne, ale właśnie o trywialnym wręcz przepisie na zupę – nie potrafią przejść dalej, a raczej przescrollować. Czują się pominięci, nieuwzględnieni, a przecież Internet powinien być dla nich skrojony na miarę. Wtedy pojawia się wewnętrzna potrzeba, żeby sprawić, aby dany conent „jakoś” ich dotyczył. Jak? Chociażby poprzez podkreślenie, że im nie pasuje. Często towarzyszy temu obwinianie twórcy za to, że to on czy onauwzględnił ich potrzeb.
Czy wszystko jest dla mnie?
Wygląda na to, że w social mediach dokonał się obrót i to o prawie 180 stopni. Jeszcze niedawno z przerażeniem (przynajmniej w moim otoczeniu) mówiło się o targetowaniu i algorytmach, które mogą ograniczać dostęp do różnorodnych treści i niejako zamykać odbiorcę w bańce. Baliśmy się, że stracimy ogląd całości… Że jakieś treści zostaną przed nami ukryte. Dziś okazuje się, że lwia część społeczeństwa niepostrzeżenie tak przyzwyczaiła się do algorytmów, że wręcz czuje się urażona, kiedy treści, które pojawiają się na ich TikToku czy IG nie są im dedykowane. Ddali zamknąć się w swojej własnej bańce i wyraźnie im tam dobrze.
Czy naprawdę aż tak rozleniwiliśmy siebie, że nie mamy czasu i ochoty dokonywać selekcji tego, co wpada na nasz feed? Czy zatraciliśmy świadomość, że nie wszystko jest stworzone specjalnie dla nas? Nie zawsze jesteśmy głównym odbiorcą treści w internecie.
A co z markami w social mediach?
Tak jak odbiorcy powinni pogodzić się z faktem, że nie wszystko jest dla nich, tak samo marki muszą liczyć się z faktem, że niektórzy będą głośno wyrażać swoje niezadowolenie, że nie zostali wzięci pod uwagę w danej kampanii. I trzeba to zaakceptować. Osobiście uważam, że to nawet dobrze. W końcu kampanie, czy nawet pojedyncze posty kierujemy do danej grupy odbiorców i nigdy nie obejmie wszystkich, którzy mogą natknąć się na tę treść. Żadna marka nie chce, a przynajmniej nie powinna chcieć, być zupą (tu, dla odmiany) pomidorową, czyli czymś powszechnie uznawanym za lubianą przez każdego, ale bezpieczną czy wręcz nudną opcją. W strategii komunikacji i content marketingu lepiej świadomie wybrać swoją target grupę niż próbować zadowolić cały internet. A ewentualne zamieszanie i oburzenie pozostałych? Niech mówią ;)
Na koniec warto zastanowić się też nad tym, jak ważna i potrzebna jest różnorodność. Warto wyjść ze swojej algorytmowej bańki i po prostu się rozejrzeć. Może znajdziemy coś inspirującego, coś, o czym wcześniej nie słyszeliśmy. Jako społeczeństwo mamy teraz możliwości poznawania tak wielu rzeczy. Nie zamykajmy się na nie – ani online ani offline.
Bibliografia:
https://www.independent.co.uk/life-style/tiktok-what-about-me-effect-soup-b2419028.html

(średnia: 4,75)



